>
LISTY DO REDAKCJI


W zakładzie fryzjerskim, z którego usług korzystałam, miałam swojego ulubionego fryzjera. Był przystojny, bardzo mi się podobał, a dotyk jego dłoni wywoływał we mnie dreszcze. Pewnego dnia podczas jednej z wizyt w tym zakładzie nie wytrzymałam i umówiłam się z nim na spotkanie po godzinach. Jak można się domyśleć, na koniec wylądowaliśmy oboje w moim łóżku. Ogromnie się zawiodłam, mój ulubiony fryzjer okazał się być kochankiem nudnym, zrutynowanym i zupełnie pozbawionym fantazji. Już nigdy nie zrobię sobie u niego trwałej.

Monika, 30 lat.



Prowadzę prywatny zakład budowlano-remontowy w moim mieście. Jedną z najczęściej wykonywanych przeze mnie usług jest wymiana okafelkowania łazienkowego. Pewnego dnia otrzymałem zlecenie na wymianę kafelków w trzech łazienkach luksusowego domu na przedmieściu. Wraz z pomocnikami udałem się na miejsce, gdzie bez zwłoki przystąpiliśmy do pracy. Ponieważ filozofia pracy PRL-u jest nam obca, już po kilku godzinach zadanie było wykonane. Właścicielka domu zaproponowała nam poczęstunek. Muszę podkreślić, że jestem oburzony tym, co nas wtedy spotkało. Jeszcze nigdy nie zostaliśmy przez nikogo tak potraktowani. Kompozycja smakowa zupy była tragiczna, agresywne akcenty koperkowe zupełnie tłumiły delikatne motywy smakowe fasoli - nie pomógł nawet bogaty bukiet przypraw. Chleb pszenny użyty do zrobienia kanapek niemile kontrastował ze smakiem wędlin - które same zresztą były nieprawidłowo zestawione z papryką konserwową. Ostateczną katastrofą był deser - naleśniki nadziewane słodką masą z owocami zupełnie nas zawiodły, nadzienie miało za słabo wyeksponowany smak owoców, a same naleśniki nie miały tak istotnej delikatnej puszystości. Nie zdziwiło nas zatem wcale, kiedy na koniec podano nam wino o słabym, niedojrzałym bukiecie, do tego niewłaściwie schłodzone.
Nie wiem, czy kiedykolwiek zgodziłbym się ponownie na pracę w tym domu.

Bogdan, 43 lata.



Mieszkam w małym domku w pobliżu niewielkiego jeziora. Jezioro to od zawsze cieszyło się złą sławą, istniały legendy mówiące o zamieszkujących je dziwnych stworzeniach wciągających ludzi pod wodę lub wychodzących w nocy na ląd, by tam szukać ofiar. Nie wiem, ile jest prawdy w tych podaniach, ale sam przeżyłem pewną przygodę związaną z tym miejscem, o której chciałbym opowiedzieć.
Pewnego jesiennego wieczoru, kiedy było już całkiem ciemno, usłyszałem dziwny dźwięk dobiegający z ogrodu (dodać muszę, że ogród znajduje się pomiędzy moim domem, a jeziorem). Uzbrojony w pistolet gazowy i silną latarkę ruszyłem w głąb ogrodu, podejrzewając, że mam do czynienia z gangiem złodziei, od kilku tygodni plądrujących posesje moich sąsiadów.
Posuwałem się w stronę jeziora, gdyż właśnie z tamtej strony dochodziły mnie wciąż dziwne dźwięki. Co ciekawe, czułem też nietypowy zapach, jakby gnijących wodorostów. Niepokojący był fakt, że Burek, mój pies, gdzieś zniknął, choć to on pierwszy powinien zareagować na hałasy.
Spenetrowałem cały ogród i obszedłem całe jezioro, nie znajdując niczego nietypowego. Zapach wodorostów pochodził z gnijącej rzęsy na brzegu, a Burka nie było na stanowisku dlatego, że zamknąłem go wcześniej przypadkowo w piwnicy. Zaś źródłem dziwnych dźwięków były uderzane wiatrem blachy metalowego ogrodzenia.
Doprawdy, dziwne jest to jezioro...

Stefan, 48 lat.



Chciałbym poinformować, że coś dziwnego dzieje się z prezenterami pogody w telewizji. Kilka tygodni temu oglądałem prognozę pogody, miałem więc okazję przyjrzeć się prezenterowi. Dzień później również oglądałem prognozę i wtedy zauważyłem, że prezenter wygląda jakoś inaczej. Fryzura i ubiór były takie same, co dzień wcześniej, ale tym razem w wyglądzie prezentera było coś nieuchwytnie innego. Moje spostrzeżenie potwierdziła żona i sąsiad, a także kilku znajomych - nikt z nas nie potrafił jednak sprecyzować, na czym polega ta różnica. Okazało się także, że zjawisko to zachodzi praktycznie dzień po dniu, w każdym kolejnym wydaniu telewizyjnej prognozy pogody. Aż wreszcie moja żona wpadła na pomysł, by robić zdjęcia prezenterom na ekranie telewizora przez kilka kolejnych dni, a następnie ułożyć je chronologicznie i porównać.
Nie mam dość odwagi, by napisać wprost, jak straszliwego odkrycia w ten sposób dokonaliśmy. Wystarczy, że powiem, że od tego dnia nie oglądamy już prognozy pogody - i nigdy nie obejrzymy. Osoby o mocnej psychice, odważne i gotowe zmierzyć się ze straszliwą tajemnicą mogą powtórzyć nasz eksperyment. Uważam jednak, że dla większości lepiej będzie żyć w nieświadomości, gdyż są też i takie sekrety, których odkrycie doprowadzić może do obłędu. Ja otarłem się o szaleństwo, moja żona została przez nie pochłonięta. Nigdy nie zaznam już spokoju, a sygnał dźwiękowy czołówki telewizyjnej prognozy pogody zawsze będzie zamykał mą duszę w lodowatych okowach przerażenia.

Paweł, 37 lat.