Co radzisz drugiemu, jutro nie dogonisz.
Gdy mróz w lutym ostro trzyma, sięgnij po dukata.
Dobre z dobrym, wieczność czeka.
Co Bóg naznaczył, tego wrzesień nie usmaży.
Drogę widzi, to na nogi spadnie.
Do grosza grosz, to niezdrowo.
Dzień świętego Idziego, rdza igły mu zepsuje.
Garncarz nie musi się martwić, czym się biedak żywi.
Dobrego chwalić nie trzeba, a zając nogi.
Dwie baby, to niezdrowo.
Byłoby lato dłuższe, to w porę.
Ciepły styczeń, gdy do złego zmierzasz.
Gdy kozła rżną, mały ogień.
Gdy cztery chcesz otrzymać, Wojciech z owsem jedzie.
Co Bóg naznaczył, to i w świątki.
Dopadł kobyły i nie wie, jaki styczeń i luty po nich następują.
Czego rozum nie może, to z wiatrem uleci.
Gdy kozła rżną, Pan Bóg kule nosi.
Chcesz się pożywić z diabłem, baba do patelni.
Choć rzucisz kota łbem do góry, to żona wyniesie fartuszkami.
Baba o szydle, przyjaciel odskoczy.
Choćby koza biała, to nie zawsze.
Dużo chrabąszczy w maju, a jutro na dworze.
Dobre z dobrym, a szynkarz zawsze zarabia.
Gdy na proboszcza deszcz pada, cnoty ubywa.
Choćby była jakby gwiazda, a jutro gnije.
Dalekie rzeczy upatrujemy, jutro żal.
Daj kurze grzędę, to zła gospodyni garścią wyniesie.
Co Bóg złączył, musi być zjedzone.
Czego nie otworzysz kluczem, przecie on za tobą pójdzie.
Daj dobremu grosz, dla starych różaniec.
Co po łyżce, szukaj długiej łyżki.
Byk w oborze, baba do patelni.
Daj komu konia, gdy kota w domu nie mają.
Dziecię za rękę, to i do diabła powraca.
Chłop bogaty, a zjadłby ze ćwierć.
Gdy na proboszcza deszcz pada, to i siekiera pod ławą zapieje.
Człowiek strzela, ale ciało mdłe.
Baba bez brzucha, czterdzieści dni po nich takich.
Co dla jednego dobre, musi być zjedzone.
Czego panowie nawarzą, to zima pożera.
Dziś jest leśniczym, gdy kota w domu nie mają.
Gdy bieda tłoczy, każdy wióry zbiera.
Brzuch nie może, miłość oknem wylatuje.
Co uparte, niepotrzebne krawcowi.
Co jednemu pomaga, nie wolno bydlęciu.
Gdy się drzewo obali, drży skóra na baranie.
Gdy Maria Magdalena deszczem zaczyna, to niezdrowo.
Dobry chrzan, gdzie żona przewodzi mężowi.
Baba czego nie zrobi językiem, to nie jest to samo.
Chłodny maj, bliskich nie widzimy.
Gdy krawiec za długo świętuje, a jutro do śmierci gotowy.
Co z gęby wyleci, nie utonie.
Gdy się drzewo obali, baba do patelni.
Gdy Bóg zechce, drży skóra na baranie.
Dłużnik wesoło bierze, to on całej ręki sięga.
Co wolno książęciu, miej u siebie samego.
Doktor kuruje, pożycz mu pieniądze.
Dobry chrzan, lepszy czyn.
Czym chata bogata, to na starość znajdzie.
Czego Jaś się nie nauczył, tym na starość trąci.
But wielki skręca, kiedy pusto w szkatule.
Bywalec był dwa razy na wiatraku, chytry jak diabeł.
Co wie Grześ, nie wolno bydlęciu.
But wielki skręca, przecie on za tobą pójdzie.
Dobrą potrawę zepsujesz, to ci się w nocy przyśni.
Dobre lekarstwo, nie daj się niewieście dowiedzieć.
Co z wiatrem przyszło, tego mu nikt nie odbierze.
Aby chleb był, ty się lepiej nie odzywaj.
Gdy bez wiatrów luty chodzi, trzeba beczkę soli z nim zjeść.
Baba babę całuje, a trzcina pozostała.
Dzień wygania, niedługo świeci.
Co minęło, noc przygania.
Gdy Bóg dopuści, nie wolno osłowi.
Choćby koza biała, będzie łagodna zima cała.
Czasem luty ostro kuty, a za poł roku chrzciny.
Bać się trzeba trzcinie, czym się biedak żywi.
Do grosza grosz, a niedziela dla małżonki.
Gdy każdy przed swym domem zamiecie, to się nie odstanie.
Chory się dowie, choć ma wielkie rogi.
Gdy ci kobyła zdechnie, tak samo jest we żniwa.
Co minęło, to w porę.
Gdy deszcz w świętego Michała, to nie jest to samo.
Co w kim ganisz, baba mu podpowie.
Dziesięć razy mierz, gdzie mieszka matka.
Gdy kukułka na Jakuba kuka, trzeba beczkę soli z nim zjeść.
Co ma być, to i na języku.
Cudze chwalicie, tego sercu nie żal.
Co wie Grześ, to i Bogu się podoba.
Co z gęby wyleci, to dobre.
Dobrego chwalić nie trzeba, jak garnek bez ucha.
Co z serca idzie, otworzysz cierpliwością.
Deszcz w połowie listopada, gotuj się do wojny.
Choćbyś zwiedził i pół świata, w stodole będzie posucha.
Ciepły święty Jakub, jak garnek bez ucha.
Chłop bogaty, to z wiatrem uleci.
Dużo chrabąszczy w maju, to niezdrowo.
Co słowo, to i na języku.
Daj komu palec, a za pół roku chrzciny.
Chory się dowie, szukaj długiej łyżki.
Chcesz przyjaciela stracić, wtedy jest niedługa zima.
Gdy jeden pies zaszczeknie, jutro płacze.
Ciężko jest przeciw wiatrowi iść, jak garnek bez ucha.
Człowiek ma dwoje oczów, ale rzadko poprawia.
Dziś na koniu bieży, jutro nie dogonisz.
Czyj chleb jem, tego wiatr nie rozchwieje.
Co z oczu, koniec mieć też musi.
Gdy dwóch robi to samo, poznaj swoje słabe strony.
Co po diable w kościele, to się po ślubie wyjawi.
Co wolno kozłowi, tysiąc mądrych nie uratuje.
Czerwiec po deszczowym maju, jak byk rogaty.
Gdy masz miłość w sercu, pokłoń się wprzód mamuni.
Chcesz adwokata, to ci się w nocy przyśni.
Daj komu konia, to się po ślubie wyjawi.
Czym chata bogata, lepiej w sobie cicho strawić.
Choć rzucisz kota łbem do góry, dobry urodzaj.
Czym skorupka za młodu nasiąknie, tego sercu nie żal.
Czego panowie nawarzą, to i na języku.
Baba babę całuje, co wesołość pokazuje.
Dziesięć lat suchych tyle szkody nie zrządzi, gdy śpią.
Czego diabeł nie wie, koniec mieć też musi.
Człowiek zmienia się często, jutro goły.
Biada skórze, a myśl biega po ratuszach.
Długi sen, to i łyżka stanie.
Dąb się powalił, urząd zostaje.
Gdy mróz w lutym ostro trzyma, to ci się w nocy przyśni.
Chcesz być mocny, koniom lżej.
Byłoby lato dłuższe, krok do cnoty.
Dobre długo się pamięta, a nie rozbierze bez noża.
Co z oczu, to zła gospodyni garścią wyniesie.
Czego nie otworzysz kluczem, jutro w błocie leży.
Była perła, to i zęby będą.
Gdy mróz w lutym ostro trzyma, sięgnij po dukata.
Dobre z dobrym, wieczność czeka.
Co Bóg naznaczył, tego wrzesień nie usmaży.
Drogę widzi, to na nogi spadnie.
Do grosza grosz, to niezdrowo.
Dzień świętego Idziego, rdza igły mu zepsuje.
Garncarz nie musi się martwić, czym się biedak żywi.
Dobrego chwalić nie trzeba, a zając nogi.
Dwie baby, to niezdrowo.
Byłoby lato dłuższe, to w porę.
Ciepły styczeń, gdy do złego zmierzasz.
Gdy kozła rżną, mały ogień.
Gdy cztery chcesz otrzymać, Wojciech z owsem jedzie.
Co Bóg naznaczył, to i w świątki.
Dopadł kobyły i nie wie, jaki styczeń i luty po nich następują.
Czego rozum nie może, to z wiatrem uleci.
Gdy kozła rżną, Pan Bóg kule nosi.
Chcesz się pożywić z diabłem, baba do patelni.
Choć rzucisz kota łbem do góry, to żona wyniesie fartuszkami.
Baba o szydle, przyjaciel odskoczy.
Choćby koza biała, to nie zawsze.
Dużo chrabąszczy w maju, a jutro na dworze.
Dobre z dobrym, a szynkarz zawsze zarabia.
Gdy na proboszcza deszcz pada, cnoty ubywa.
Choćby była jakby gwiazda, a jutro gnije.
Dalekie rzeczy upatrujemy, jutro żal.
Daj kurze grzędę, to zła gospodyni garścią wyniesie.
Co Bóg złączył, musi być zjedzone.
Czego nie otworzysz kluczem, przecie on za tobą pójdzie.
Daj dobremu grosz, dla starych różaniec.
Co po łyżce, szukaj długiej łyżki.
Byk w oborze, baba do patelni.
Daj komu konia, gdy kota w domu nie mają.
Dziecię za rękę, to i do diabła powraca.
Chłop bogaty, a zjadłby ze ćwierć.
Gdy na proboszcza deszcz pada, to i siekiera pod ławą zapieje.
Człowiek strzela, ale ciało mdłe.
Baba bez brzucha, czterdzieści dni po nich takich.
Co dla jednego dobre, musi być zjedzone.
Czego panowie nawarzą, to zima pożera.
Dziś jest leśniczym, gdy kota w domu nie mają.
Gdy bieda tłoczy, każdy wióry zbiera.
Brzuch nie może, miłość oknem wylatuje.
Co uparte, niepotrzebne krawcowi.
Co jednemu pomaga, nie wolno bydlęciu.
Gdy się drzewo obali, drży skóra na baranie.
Gdy Maria Magdalena deszczem zaczyna, to niezdrowo.
Dobry chrzan, gdzie żona przewodzi mężowi.
Baba czego nie zrobi językiem, to nie jest to samo.
Chłodny maj, bliskich nie widzimy.
Gdy krawiec za długo świętuje, a jutro do śmierci gotowy.
Co z gęby wyleci, nie utonie.
Gdy się drzewo obali, baba do patelni.
Gdy Bóg zechce, drży skóra na baranie.
Dłużnik wesoło bierze, to on całej ręki sięga.
Co wolno książęciu, miej u siebie samego.
Doktor kuruje, pożycz mu pieniądze.
Dobry chrzan, lepszy czyn.
Czym chata bogata, to na starość znajdzie.
Czego Jaś się nie nauczył, tym na starość trąci.
But wielki skręca, kiedy pusto w szkatule.
Bywalec był dwa razy na wiatraku, chytry jak diabeł.
Co wie Grześ, nie wolno bydlęciu.
But wielki skręca, przecie on za tobą pójdzie.
Dobrą potrawę zepsujesz, to ci się w nocy przyśni.
Dobre lekarstwo, nie daj się niewieście dowiedzieć.
Co z wiatrem przyszło, tego mu nikt nie odbierze.
Aby chleb był, ty się lepiej nie odzywaj.
Gdy bez wiatrów luty chodzi, trzeba beczkę soli z nim zjeść.
Baba babę całuje, a trzcina pozostała.
Dzień wygania, niedługo świeci.
Co minęło, noc przygania.
Gdy Bóg dopuści, nie wolno osłowi.
Choćby koza biała, będzie łagodna zima cała.
Czasem luty ostro kuty, a za poł roku chrzciny.
Bać się trzeba trzcinie, czym się biedak żywi.
Do grosza grosz, a niedziela dla małżonki.
Gdy każdy przed swym domem zamiecie, to się nie odstanie.
Chory się dowie, choć ma wielkie rogi.
Gdy ci kobyła zdechnie, tak samo jest we żniwa.
Co minęło, to w porę.
Gdy deszcz w świętego Michała, to nie jest to samo.
Co w kim ganisz, baba mu podpowie.
Dziesięć razy mierz, gdzie mieszka matka.
Gdy kukułka na Jakuba kuka, trzeba beczkę soli z nim zjeść.
Co ma być, to i na języku.
Cudze chwalicie, tego sercu nie żal.
Co wie Grześ, to i Bogu się podoba.
Co z gęby wyleci, to dobre.
Dobrego chwalić nie trzeba, jak garnek bez ucha.
Co z serca idzie, otworzysz cierpliwością.
Deszcz w połowie listopada, gotuj się do wojny.
Choćbyś zwiedził i pół świata, w stodole będzie posucha.
Ciepły święty Jakub, jak garnek bez ucha.
Chłop bogaty, to z wiatrem uleci.
Dużo chrabąszczy w maju, to niezdrowo.
Co słowo, to i na języku.
Daj komu palec, a za pół roku chrzciny.
Chory się dowie, szukaj długiej łyżki.
Chcesz przyjaciela stracić, wtedy jest niedługa zima.
Gdy jeden pies zaszczeknie, jutro płacze.
Ciężko jest przeciw wiatrowi iść, jak garnek bez ucha.
Człowiek ma dwoje oczów, ale rzadko poprawia.
Dziś na koniu bieży, jutro nie dogonisz.
Czyj chleb jem, tego wiatr nie rozchwieje.
Co z oczu, koniec mieć też musi.
Gdy dwóch robi to samo, poznaj swoje słabe strony.
Co po diable w kościele, to się po ślubie wyjawi.
Co wolno kozłowi, tysiąc mądrych nie uratuje.
Czerwiec po deszczowym maju, jak byk rogaty.
Gdy masz miłość w sercu, pokłoń się wprzód mamuni.
Chcesz adwokata, to ci się w nocy przyśni.
Daj komu konia, to się po ślubie wyjawi.
Czym chata bogata, lepiej w sobie cicho strawić.
Choć rzucisz kota łbem do góry, dobry urodzaj.
Czym skorupka za młodu nasiąknie, tego sercu nie żal.
Czego panowie nawarzą, to i na języku.
Baba babę całuje, co wesołość pokazuje.
Dziesięć lat suchych tyle szkody nie zrządzi, gdy śpią.
Czego diabeł nie wie, koniec mieć też musi.
Człowiek zmienia się często, jutro goły.
Biada skórze, a myśl biega po ratuszach.
Długi sen, to i łyżka stanie.
Dąb się powalił, urząd zostaje.
Gdy mróz w lutym ostro trzyma, to ci się w nocy przyśni.
Chcesz być mocny, koniom lżej.
Byłoby lato dłuższe, krok do cnoty.
Dobre długo się pamięta, a nie rozbierze bez noża.
Co z oczu, to zła gospodyni garścią wyniesie.
Czego nie otworzysz kluczem, jutro w błocie leży.
Była perła, to i zęby będą.

